Polowania

Profesor Jan Szyszko, ten sam który przed wyborami był ostrym przeciwnikiem GMO, a po wyborach nagle zmienił zdanie i zaczął popierać biotechnologię, jest nie tylko ministrem środowiska, ale również urodzonym myśliwym. Jak sam powiedział, wyssał myślistwo z mlekiem matki. Nic więc dziwnego, że posiadając władzę robi co może, aby ułatwić myśliwym życie nowelizacją Prawa łowieckiego, a robi to oczywiście pod pretekstem – cytuję – wzmocnienia uprawnienia właścicieli nieruchomości przy tworzeniu obwodów łowieckich.

Te rzekome wzmocnienie uprawnień właścicieli nieruchomości będzie polegało na tym, że jeśli jakiś właściciel łąki czy lasu nie będzie zgadzał się na urządzanie polowań grupowych na swoim terenie to będzie musiał wnioskować o zakaz polowań w sądzie, uiszczając oczywiście opłaty sądowe, i udowadniając na rozprawie, że chce ich zakazać z powodów religijnych, światopoglądowych, etycznych, czy innych. Czyli – mówiąc po ludzku – przechodzić kosztowną, uciążliwą i czasochłonną procedurę, by móc decydować, czy na jego prywatnej ziemi może biegać tłum myśliwych.

Mówię – tłum myśliwych, gdyż zakaz polowań nie będzie obejmować wszystkich myśliwych, ale tylko tych zorganizowanych w większe grupy. Zwykły myśliwy będzie miał w myśl tego „wzmacniania uprawnień właścicieli nieruchomości” prawo biegać ze strzelbą nawet tam, gdzie właściciel gruntu nie pozwala. Tak wygląda szacunek dla świętego prawa własności w wykonaniu polityków PiS.

Całą ta nowelizacja wydaje mi się jedną wielką kpiną z praw własności. Gdyby politycy mieli uczciwe zamiary, to wystarczyłoby stworzenie gminnego rejestru gruntów na których nikomu nie wolno polować, a do którego każdy właściciel nieruchomości mógłby się bezpłatnie wpisać i sprawa byłaby załatwiona. No, ale politycy lubią wszystko komplikować, by ukryć swe prawdziwe zamiary.

Według mnie myśliwych powinny obowiązywać też przepisy dbające o bezpieczeństwo grzybiarzy i zwykłych leśnych spacerowiczów, o których interesy nikt nie dba. Skoro policjant przed oddaniem strzału ma obowiązek zawołać „Stój, bo strzelam!”, to myśliwi również powinni o polowaniu ostrzegać. Na przykład oznakowując teren polowań napisami ostrzegawczymi zawierającymi informację kiedy będzie polowanie i w jakich godzinach. Bo sam fakt, że odnotują polowanie w jakiejś księdze polowań, nie oznacza, że wszyscy obywatele o nim wiedzą.

Ewentualnie mogą przed każdym strzałem wołać „Uwaga polowanie! Krzyknij albo pomachaj ręką, jeśli jesteś człowiekiem!”, ewentualnie z myślą o głuchoniemych mogą jeszcze wystrzelić w powietrze jakąś flarę…

Takie ostrzeżenie powinno się też spodobać obrońcom zwierząt, gdyż wyrównałoby to szanse myśliwych i zwierząt. Polujący musieliby się co prawda bardziej napocić, by coś upolować, ale za to jakie to były emocje! Dopiero teraz mieliby o czym! No bo chwalenie się, że oddali z daleka strzał do niczego nie spodziewającego się zwierzątka jest raczej popisem sadyzmu i żądzy zabijania, a nie polowania.

Cóż, ustawa jest właśnie procedowana i wszystko wskazuje na to, że projekt Ministra środowiska ma mocne poparcie polityków. Wielu z nich to myśliwi, polują nie tylko na zwierzęta i stanowiska polityczne, ale także – czego dowodzą policyjne statystyki i doniesienia mediów – na swoje żony i rowerzystów.

A tak w ogóle nie rozumiem, jak ministrem środowiska może być myśliwy? To tak, jakby ministrem gospodarki był bankier, a ministrem zdrowia szef koncernu farmaceutycznego.

Dodaj komentarz