Dla Rycerzy o Rycerzach

W toku dyskusji wewnątrz zarobmy.se wynikło, iż korzystniejsze dla modelu biznesowego odwiedzin są artykuły o przedsiębiorczości. Prowokacje polityczne należy odłożyć na sąsiednią półkę, bo co prawda poczytne, to jednak nie to miało tu być. Jednakże aby wszyscy byli zadowoleni, to od czasu do czasu napiszę tekst o MiSiach w kontekście politycznym i historycznym. Dziś właśnie taki tekst. A za tydzień o strukturach produkcji i przemieszczaniu firmy w poprzek linii job shop – job flow.

Napiszę o narodzie, który mieszka za krainą Lachów. Po krainie Lachów mieszkają Polachowie. A dalej już tylko Nieme, ni slova nie znające. I o jeszcze jednym narodzie z drugiej strony, który miał pecha nie mieszkać między dwoma krainami żuli – rabusi.

Miejmy politykę historyczną i kulturową. Otóż nasi przodkowie są wspaniali i wielcy, a wszyscy inni sprośni i plugawi. Z czym polemizować nie sposób uchodząc żywym. Bo tak i już. W takie wstępujmy szranki z właściwym nastawieniem. Dlatego jeśli ktoś przechodzi etap fascynacji Japonią, to niech sobie odpuści, gdyż jawnym szowinizmem będę jechał po małpiej bandzie. Jacyś obcy zaczęli politykę historyczną przeciwko Polakom i nie wnikam którzy – wszystkim obcym na pohybel. Lżył ich będę jak porządny szowinista narodowy, bez umiaru.

Zaznaczam, że jestem prosemitą. Uważam, że miejsce Żydów jest w Polsce. Że powinni nam służyć prowadząc wyszynk, rzemiosło we wsiach służebnych czy dzielnicach przemysłowych. Że powinni być lekarzami i matematykami, bo mają do tego talent, a nawet niech czasem dopuszczą się grzechu i zajmą się lichwą. Grzeszyć wszak nie można i gdyby ich sprośność szkodziła publicznie, to należy urządzać pogromy, bo liczne są żywotne organa Rzeczypospolitej, a Żydzi w nich jak siwe włosy czy paznokcie – do przycięcia. Niech znają swoje miejsce – aż tak dobre wolno im zająć, to niebywała łaska polskich panów, aby czynić Polakom posługi. Wszak to tylko sprośni azjaci i miejsce dla nich pośród przyrody ożywionej w służbie człowiekowi, tak jak polskich chłopów; nie między ludźmi w polityce.

Powołam się tu na docenta Kosseckiego – należy wmówić obcym nacjom, że pracę dla nas winni sobie poczytywać za wielki zaszczyt.

Pozory konwergencji tych dwóch odległych od siebie w przestrzeni, ale nie w czasie krain sprowadzają się do zewnętrznych rezultatów. Baza kulturowa plugawych azjatów to służba i poddaństwo, obowiązek z prawa tworzonego przez władcę. Baza kulturowa naszych wyjątkowych przodków to wolność i dobrowolność ślubu jaki się przyjmuje – dobrowolność w wyborze obowiązku. I chęć jego podejmowania.

Tekst na emocjach z jawnymi prowokacjami. Roboczy tytuł tekstu był: “gdyby nie rozbiory, mogło być gorzej”. Będę wspominał o naszych antenatach, którzy złotem, szablą i pismem stawali w szranki z hydrą biurwy, radzili sobie z nią w śmiałych szarżach. Napiszę o prawdziwych rycerzach, ponieważ Polska była ostatnią krainą, w której rycerze byli jeszcze rycerzami, z twarzami rozświetlonymi wewnętrznym ogniem wiary w swoje suwerenne decyzje. I choć nie będzie o twarzach jasnych, raczej ponurych przedsiębiorcach nie dających sobie w kaszę dmuchać, to będzie to o rycerzach takich, jakimi oni byli, a nie jak wmawiany nam Książę z Bajki. O rycerzach z konwergentnych krain (@Dam mnie sprowokował pytaniem o Gorin-no Sho); gdzie pod tym samym stresorem (ekspansja Mongołów – cywilizacji turańskiej) doszło na limesie ich projekcji siły do krystalizacji politycznej. Powstały dwie kultury demokratury wojennej, z podziałem terytorialnym na powiaty i z rzeczywistą jurysdykcją hetmana/shoguna, reprezentowane przez ujętego w ramy dziedziczności konnego wojownika – gospodarza, służącego w armii ze sługami na koszt własny, zakutego w zbroję na jaką go było stać, zbrojonego w broń drzewcową, szablę i łuk, stopniowo zastępowany przez broń palną.

Obie gospodarki oparte były o służebność wsi wobec gospodarstwa dziedzicznego zbrojnego. Obie gospodarki ewoluowały w tym samym kierunku gospodarki czynszowej i coraz silniejszej eksploatacji ludu wsi w celu zasilania ośrodków rzemiosła, aż do faktycznego niewolnictwa i buntów o różnym skutku, zależnie od geografii.

W obu przypadkach nastąpił rozpad państwowości i jej powolny zanik, z tym że w jednym wypadku geografia była zamknięta i można było palić głupa dwieście lat, rozbudowując etatyzm i staczając kraj do tego stopnia, że sami dziedziczni etatyści opluwali to, czym się zajmowali w pismach zostawianych potomności. W naszym przypadku luksusu popełniania głupot nie było – od razu sąsiedzi ukręcili łeb państwu.

Wykażę przy tym wady etatyzmu, od którego częściowo ustrzegli nas sąsiedzi, przywracając rozbiorami poczucie rzeczywistości. Nie dysponujesz siłą, to nie istniejesz. Japończycy, otoczeni głęboką fosą oceanu, pokazali do jakiej nędzy i antykultury można doprowadzić własną krainę, jeśli sąsiedzi nie trzeźwią chłodem żelaza.

W dalszym tekście przedstawię w dygresjach jak w oddalonych o pół światach krainach, na granicy inwazji mongolskiej, powstał władczy pan wojownik. Jak w obu wypadkach rozwinął się w rycerza, jak to uzbroił się w długą broń drzewcową do walki z konia, jak przypiął do pasa zakrzywioną szablę. Jak obejmował państwowe wakaty w administracji i sądownictwie dzielnic kraju (prefektur, ówcześnie hanów; prefektury powstały po restauracji Meiji; rozmiar gospodarczy hanu to produkcja najmniej 2 milionów litrów ryżu rocznie lub odpowiednika w towarach, choć było kilkanaście jednostek administracyjnych wytwarzających od 3 do 10 krotnie więcej) i jak te urzędy sprzedawał, “dziedziczył”. Jak je zaniedbywał, jak finansował to pracą poddanych mu chłopów, staczając powoli gospodarkę w niewolnictwo. Jak gaszono bunty niewolników i jak powoli wykluczono państwo z obszarów, gdzie projekcja siły była zbyt kosztowna.

Napiszę tem jakim szczęściem były rozbiory. Dzięki temu uniknęliśmy wstydu stanięcia skrzydlatymi jeźdźcami przeciwko jakiemuś komandorowi Perremu w czasach, gdy w Łodzi powstawały fabryki, co skończyłoby się narzuceniem haniebnych warunków traktatu.

Pominę przy tym zupełnie różnice detaliczne wynikłe z braku kultury sprośnych azjatów, takich jak kretyńskie samookaleczanie się aż do śmierci, niegodne uwagi białego człowieka. Są to małpie fanaberie ludów dzikich, których nie dosięgła łaska Najjaśniejszego Tronu.


Proponuję dla smaku: zdrowie Pana Stadnickiego Rycerza Republiki! Oto Polak w całej swej okazałości!

Pan Stadnicki prowadził MiSia (był kapitanem szwadronu, zwanym wtedy rotmistrzem – to w dzisiejszym rozumieniu średnie przedsiębiorstwo – 200 chłopa z okładem pod komendą), który taką miał specyfikę, że polegał na kąsaniu żelazem. Pan Stadnicki Rycerz Republiki wraz z królem Batorym (szefem wszystkich szefów) rzucili na kolana Ivana IV Groźnego. Traktat zawarto w dwóch różnie brzmiących egzemplarzach (w polskiej wersji odmówiono carowi tytułów książęcych do miast polskich – Pskowa i Smoleńska).

Tym właśnie zajmują się prawdziwi żołnierze zawodowi – biorą udział w zwycięskich wojnach, wiodą branki i łupy, a nie paradują w niemieckich czołgach po Warszawie. Jak zobaczycie niemiecki czołg w Warszawie – rzućcie w niego czymś, pomidorem, zgniłym jajem albo butelką z benzyną. Chyba że macie co cięższego.

Ta wojna udała się, ponieważ pogrążoną w wojnie z Polachami Moskwę zaszczycił świntuch – luteranin Jan III Waza paląc, gwałcąc i rabując. Bo skoro wojna, to czemu nie jeść, kiedy jest co jeść?

Do porządku dziennego przejdziemy nad kwestią, że Pan Stadnicki był kalwin. Biznes szedł i ROI był dobry. Toteż Pan Stadnicki w swoim bystrym pomyślunku poszedł z usługami swojej firmy do obiecującej korporacji księcia śląskiego – Rudolfa drugiego, cysorza rzymskiego. Aby później sprzedać swe służby mistrzowi zakonu krzyżackiego (tak – formalnie jeszcze istniał), dobremu wnukowi ojca najemników (Maksymiliana Pierwszego – “Daj nam Boże sto lat wojny i ani jednego dnia bitwy”) – Maksymilianowi Trzeciemu. Gdy wiatr rozwijał sztandary firm oblegających zamek Olsztyn, sława herbu Drużyna wiązała się ze stroną austriacką. Bo to był dobry biznes.

W zgiełku bitew wykuto charakter Pana Charakternika Stadnickiego. W szczęku oręża, w dymie przyszłość widział. Tym ogniem wolności zapłonął. Suwerena decyzji o życiu i śmierci podkomendnych; i poddanych stresorowi. Zdolność aplikacji stresora jest kluczowa do władania, do suwerenności. Dlatego pozwalam sobie tłumaczyć takie kwestie ludziom uważającym, że żyją w świecie prawa i porządku i nie można im czynić tego, co bliźnim niemiłe. Otóż można, a jak się to czyni dowodząc takim MiSiem, to wiem od małego, z domu. Jak tłumi się powstania, jak staje się po tej złej stronie i trzyma bat nad pognębionym ludem. Bo ta ślachta etatystów co straciła 2RP, odnalazła się w raju u komuchów i tam trzymała dyplomację i miecz, bo ktoś to musiał robić i lepiej jak robi to ktoś, kto umie.

Dosyć tego – Pan Stadnicki podniósł bunt przeciwko Zygmuntowi Trzeciemu Wazie, po prostu nie uznając go za swojego władcę (tak jak ja nie uznaję RP3 za godne państwo i czynię jej wszelkie możliwe wstręty, bo na taki badziew się nie godzę). W tych dniach wspomożycielka nasza i królowa pozwoliła, by w jasności Pana zawitał Rycerz Jan Zamoyski sztandaru Jelita – ostatni głoszący podobne brednie, jak w naszych czasach państwo Gwiazdowie – że nie należy przemocą występować przeciw władzy. To gorsze niż zbrodnia – to błąd – państwo jest monopolem na przemoc i tylko przemoc do państwa dociera.

Jakkolwiek rokosz był słuszny, ponieważ król faworyzował Jezuitów i kupców obcych (galerie handlowe). To najgorsze, co może być – monopolizacja handlu przez strukturę zewnętrzną. Kto przytomny, ten rozumie czym to grozi i wyjaśniać nie trzeba – w RP doszło do faworyzacji Holendrów.

Dygresja – Rycerz Zamoyski napisał “pracę dyplomową” De Senatu Romano Libri II (“O Senacie Rzymskim Księgi Dwie”), broszurę o starożytnym Rzymie. Ibidem odniósł konstytutę republiki rzymskiej do Korony Królestwa Polskiego. Ta osoba jest niezwykle ważna w historii Polachów, spina gasnących Jagiellonów (wybieralnych) z wolną elekcją, o czym propagandowo wspomina nam niegodny wiary Reinhold Heidenstein.

Ten król, któremu zbuntował się nasz bohater Pan Stadnicki, to był poglądami religijnymi tak na prawo, że Grzegorz Braun to przy nim ugodowy zaprzaniec. Ale też chodziło o to, że obieralny król mógł rozdawać wakaty na zwolnionych urzędach. Naruszało to równowagę sił obranego i obierających. Powołano się tu na hecę (rokosz gliniański, który najpewniej nie miał miejsca) jako precedensu.

Ale czegóż właściwie chcieli rokoszanie?

Otóż chceli, żeby obrani posłowie ściśle przestrzegali instrukcji obierających ich sejmików. No to przytomne jest, aby delegowany pracownik wykonywał polecenia szefa. I o to poszło na samopały z królem.

Czyli jednak nie zdrajca i antybohater, tylko zupełnie przytomny przedsiębiorca.

Sprecyzowano wtedy dawniejszy zapis ius resistendi, na który powołuję się w każdym sporze z RP/PRL z dowolnym numerem. Jest to moim ślacheckim przywilejem. Jest to prawo do obalania władcy (zegnania z tronu – impeachment). Polecam doczytać temat. bo takie macie prawa. Jeśli je sobie weźmiecie.

Warto wspomnieć, iż Pan Stadnicki całe życie wojował z prokuratorem (starostą) Łukaszem Opalińskim, z którym to wymieniał się razami. Warto porównać nasz obecny status wobec ubranych w togi. Warto, jak Pan Stadnicki, porywać im dzieci, palić domy, zajmować leża, aby wiedzieli, że nic nie należy do nich bez naszego przyzwolenia, że są sługami i z naszej łaski działają. Nie były to wszak byle bijatyki, tylko poważne starcia kibiców po kilka tysięcy zbrojnych.

Oto Bohater, oto Polak, oto przedsiębiorca. Rozwinął majątek, zainwestował w nieruchomości swoje zyski z orężnego MiSia, aż wszedł w posiadanie Łańcuta. Niech proporzec jego wiatr rozwiewa, na wiatr podaje. Gdy będziecie w Łańcucie, zapalcie nad Jego kapliczką ogarek.


Spróbujmy zrównoważyć Diabła Stadnickiego, naszego bohatera przedsiębiorczości kolejnym szefem MiSia, dowodzącym 80 pracownikami, Jego oponentem Kacprem Karmińskim sztandaru Hostoja (hostia), będący tam prokuratorem (starostą). Człowiek ten dla własnego interesu poświęcił sześcioletniego syna. Sam zastrzelił go z działa, gdy taki stresor wniósł w rozgrywkę nasz poprzedni bohater (Pan Stadnicki). Trzeba być kompletnie nieprzytomnym państwitą, aby do krwi własnej strzelać z powodu urzędu. Toż to kompletnie nieprzytomny kretyn, aby takiego czynu się przeciw sobie dopuścić. Biurwa fanatyczna. Na pohybel takim. Ot, postać tragiczna sprzeciwiająca się polskiemu przedsiębiorcy, żaden bohater. Zbyt mało, by wagi równać Panu Stadnickiemu.


Jakkolwiek Pan Stadnicki odniósł sukces i agresywna polityka Jego firmy przetrwała kolejne pokolenia jego rodu, to w końcu upadła z braku wizji rozwoju i słabego doboru kadr. Firmę w długiej (wielopokoleniowej) perspektywie trzeba budować na instytucjach, a nie na osobach. Wybitne jednostki tworzą imperia, ale imperium musi być zinstytucjonalizowane, aby trwało bez władcy, gdy jest wakat na tronie.

Otóż firma Stadniccy nie przeszła ewolucji w korporację (magnateria), a nie miała warunków terytorialnych do stania się udzielnym księstwem (choć faktycznie takim była przez czas jakiś). Brak wytworzenia tych struktur i własnego aparatu zarządzania tak dużym organizmem wprowadził firmę na koło wykresu w funkcji zysk/rozmiar firmy i kiedy firma w danej konfiguracji osiągnęła maksimum wydolności, zyski rosły jeszcze jakiś czas przy spadającym rozmiarze przedsiębiorstwa, aby błyskawicznie się zamknąć likwidacją.

Jednakże, w kontekście działalności szlachcica na zagrodzie, co czekanem grozi wojewodzie istnieje możliwość obsadzenia urzędów i administracji lokalnej swymi ludźmi, w celu stworzenia rodu magnackiego, który po setkach lat ciągle będzie w biznesie. Przykładem takiej firmy z tych samych czasów jest:
http://betterhealth.takeda.com/

Nie wygląda na zamek w Łańcucie? Przyjmijmy, że tak wyglądał miły założyciel tego korpo:

Shingen_Takeda.jpg

A zasłynął historią podobną do Pana Stadnickiego (żył mniej więcej w tych samych czasach), tylko z większym rozmachem.

Otóż również prowadził firmę oferującą usługi kawaleryjskie w postaci śmiałych szarż, a działalność tę prowadził na równinie Kawanakajima. Polecam dostudiować sobie, co ten pan wyprawiał, z kim wchodził w przymierza i kogo zdradzał. Japończycy mają skuteczną politykę historyczną, to i jego wyczyny są dość dobrze spopularyzowane.

W produkcji zajmował się głównie żelazem, mieszkał w jedynej okolicy, gdzie występują istotne (jak na Japonię) złoża. Tak liche, że w Europie nikt tego w czasach nowożytnych nie brał za złoża do wydobycia.

Dziś wymienianych Panów nazwalibyśmy gangsterami, bandytami i przeniewiercami. A to po prostu byli biznesmeni. Skoro firma Takedy istnieje do dziś, to najwidoczniej mają tam dobry system doboru kadr i jakoś dali radę prowadzić etatystyczną korporację w etatystycznym państwie.

Tak powstają prawdziwe biznesy. Wszystkie obecnie działające korporacje bankowe, farmaceutyczne, chemiczne, zbrojeniowe mają swoje początki trochę dalej niż w zeszłym tygodniu, zaczynały w huku dział, w zgiełku bitew. Nie tworzyli ich przedsiębiorcy trzymający się za ręce, śpiewając Kumbaja.

Wymienione do tej pory firmy założyli ludzie uznawani w swoich czasach za rycerzy. Wszystkie obecnie liczące się grupy kapitałowe, oparte o rodowe struktury dziedziczenia, zaczynają się wraz z zakończeniem porządków po incydentalnej ekspansji Mongołów, która zajęła kilkaset lat. W przypadku zachodu porządki te wiążą się z rewolucją francuską. Oczywiście są niedobitki z historią sprzed tych czasów, które przetrwały kilka takich resetów (dla przykładu, Watykan jest wprost reprezentacją kapitału z początkiem w Republice Rzymu i jest dziś najistotniejszym graczem na rynku nieruchomości). Są rodziny o historii sprzed rewolucji przeciwko watykańskiemu uniwersalizmowi (reformacja), ale to wyjątki.

W Polsce i Japonii tego elementu porządkującego junty zbrojne, ewoluujące do absolutyzmu nie było. Polska została wyprostowana kijami przez sąsiadów, jak tylko zaczęto podejmować nieprzytomne decyzje (oddanie handlu zewnętrznego Holendrom). Warto pójść na Dwór Artusa, zwiedzić okolicę i zrozumieć o jakie pieniądze tam wtedy chodziło. Koszty produkcji okrętów są astronomiczne w porównaniu do armii lądowej. Potężne państwo rycerzy, dominujące nad wrotami do Heartlandu nie miało zdolności moblilizacyjnej do stworzenia własnej floty i utrzymania jej.

Japończycy z tego samego powodu (system hanów) i rozdrobnienia kapitału zapewnili sobie względny dobrobyt, ale również całkowitą niezdolność do agregowania kapitału niezbędnego do inwestycji infrastrukturalnych, jakimi karmi się flota. Po prostu nie było ich stać po najeździe Mongołów na taki wydatek (a wcześniej przecież flotę mieli i nawet napadli Koreę). Mieszkać na wyspie i nie mieć zdolności do zagregowania pracy do wytworzenia i utrzymania floty morskiej – to jest właśnie japońska małpiarnia. Z tego samego powodu dziś nie potrafią budować seryjnie poważnych czołgów (chociaż mają linie prototypowe Mitsubishi, a to jest JobShop) czy broni jądrowej. A przemysłu im przecież nie brakuje, teoretycznie mogliby zorganizować cały program jądrowy w kilka lat. A tymczasem nie organizują.

W Polsce też powstała taka strukturalna niezdolność do agregowania kapitału.

Japonia jednak była mała (ma tylko trzysta parę tysięcy kilometrów kwadratowych, Polska miała prawie trzykrotnie tyle, nie to co dzisiejsze resztki terytorium – rezerwat dla kibiców Lecha). Z tego powodu jak czytacie japońskie brednie o potężnych japońskich daimyo, to mierzcie to przykładając proporcje – oni tak na poważnie rządzili kilkoma wsiami i byli w naszym rozumieniu szefami powiatów. A wśród nich z powodów geograficznych (Japonia ma górską, paskudną do unitaryzacji państwa geografię) było wojewodów jak psów. Ci wojewodowie podlegali w piramidzie feudalnej naszym odpowiednikom magnatów, których było kilku i oni sobie byli tam hetmanami i rządzili zależnie od tego, jakie zawarli układy i zrealizowali zyski ze zwycięstw (wspominany Takeda Shingen umiał wygrywać bitwy i robić intrygi, ale nie umiał realizować politycznie zwycięstw, za to jego przeciwnik umiał realizować politycznie przegrane i został szefem wszystkich szefów, pogrążając państwo w etatyzmie).

Nasi magnaci mieli władztwo jak królowie. Najistotniejszymi dla kwestii ekspansji morskiej byli Radziwiłłowie. Zostali uznani za ród książęcy przez cesarza i potwierdzono to w Unii Lubelskiej. Od razu otrzeźwiam – zapomnijcie o propagandzie Sienkiewicza – zaraz wyjaśnię geopolitykę wydarzeń. Radziwiłłowie jako jedyni mieli zdolność wytworzenia floty (finansowo), leżeli nad morzem, mieli porty i stocznie. Byli jedyną nadzieją wyjścia z lądu.

Niestety, nikt wtedy nie rozumiał, że to może być najistotniejszy cel państwa. A jeśli rozumiał, to przeciwdziałał. Wyspy na Bałtyku były pod władzą Danii szachującej Szwecję. Szwecja od północy (Finlandia) miała zdolność projekcji siły na lądzie przeciwko Inflantom i Rosji. Z czego korzystali – po bandycku napadając Rosję, kiedy była okazja jeść, ale zazwyczaj byli z Rosją w sojuszu, aby móc rozstrzygać spory z Danią, która była zazwyczaj w sojuszu z Polską (polecam pamiętniki Paska opisujące wydarzenia). Było kwestią czasu, aż powstanie oś Rosja-Dania i przy neutralności Danii (dominującej na morzu) Szwedzi nam wjadą, a Rosjanie nie będą próżnować. Sprawę po mistrzowsku skoordynowali Brytyjczycy.

Radziwiłłowie zapewne wiedzieli, że dojdzie do walki o dominium Maris Baltici, ale byli NIESTETY w sojuszu z Polską (bo Radziwiłłowie to władcy Litwy, a nie polscy magnaci – to był tylko sojusz), a Polską rządził NIESTETY Zygmunt III Waza, co, jak po nazwisku widać, miał jakiś swój prywatny i rodowy interes w dominacji na Bałtyku, jako władztwie dziedzicznym, a nie elekcyjnym. Po obu stronach rządził ten sam ród, a po środku zostali Radziwiłłowie sami. Otoczeni przez Moskwę, Szweda, Duńczyka. Musieli toczyć wojny lądowe (wojna o Inflanty – Kircholm), a to kosztuje i na flotę nie starczało (flota rozwiązałaby problem prowadzenia wojen lądowych ze Szwedami sponsorowanymi przez Brytyjczyków – o tyle lżej). Niby była jakaś tam unia z Polską, ale jak Radziwiłłowie słali do Wazy prośby o wsparcie, czy to finansowe, czy po prostu przysłanie wojska, żeby chociaż z Moskwą porządek zrobili ZNOWU (jak Batory) na jakiś czas, to niestety – brakło jakiegokolwiek pozytywnego odzewu.

Pieniądze poszły na zrobienie porządku ze Szwecją na jakiś czas, ale w Polsce rządził też Szwed. W końcu polscy magnaci się ogarnęli, że ich interes to przypilnowanie Moskwy – pal diabli co tam się królowi za interesy widzą. W rezultacie doszło do Dymitriady.

Tak wyglądała geopolityka epoki. W tej sytuacji, w interesie władcy Litwy było zerwanie sojuszu z Polską i dogadanie się albo ze Szwedami, albo z Moskwą. W końcu stanęło na protektoracie szwedzkim.

Wypijmy zdrowie Janusza i Bogusława Radziwiłłów – przytomnych szefów korporacji Litwa. Na pohybel królowi zdrajcy. Jesteście zdziwieni, że tacy Stadniccy w d mieli co się temu królowi widzi, w poważaniu mieli jego prawa, po obcej stronie przeciwko Polsce stawali?

W tym kontekście nie jest to już takie jednoznaczne, że to warchoły i swołocz, zdrajcy? Wygląda na to, że to państwo zdradziło suwerenów.

Dziś trzeba, tak samo jak wtedy, traktować zdradzieckie państwo udające własne. Należy wykonywać swoje suwerenne decyzje i niech kto spróbuje odebrać rezultaty, to spotka go przemoc. A owoce pracy i tak schowamy.


Tymczasowemu podwykonawcy Pana Stadnickiego się przyjrzyjmy. Jak prowadzi się mniejsze MiSie o agresywniejszej strategii biznesowej.

Wypijmy zdrowie Jacka nad Jackami sztandaru Nałęcz! Proszę wstać!

Jacek Dydyński najmował się do wykonywania Prawa. Zajazdów, wyroków, raptów. Działał w korporacji pod marką “Lisowczycy” i jako MiS wynajął się naszemu poprzedniemu bohaterowi Panu Stadnickiemu. Jednakże konkurencja w osobie Rycerza Konstantego Korniakta oferowała ciekawsze bonusy, takoż Jacek nad Jackami przystał do tej firmy, gdzie objął udziały.

Zginął bohatersko tłumiąc bunt kurwich synów Ukraińców pod Zborowem.

Ten często zmieniający strony, to the best bidder szlachcic, będący czarną szablą, w innym świecie, innego systemu tych samych lat, nazwany zostałby roninem.


Japończycy nie zbudowali floty morskiej – z przyczyn geograficznych utracili kontakt ze światem i usankcjonowali izolacjonizm systemowo, aby stresory nie miały projekcji na ich władztwo. Ten brak zewnętrznych stresorów zemścił się na nich okrutnie.

Oddałbyś złotą monetę za cztery gwoździe? Zemsta etatyzmu jest okrutna i kosztowna.

W rezultacie tej izolacji musieli przejść na zasilanie wewnętrzne i alimentację systemu z autarkii. A mieszkali na wyspie i izolacjonizm z powodu kosztu podróży morskiej (statki nie są z papieru, nie da się ich zadekretować – trzeba cieśli, a cieśli nakarmić) stał się rzeczywistością. W Polsce można było sobie na piechotę czy konno udać się do innej krainy i dowiedzieć się jak robią to, czego nam trzeba, nawet gdyby władza sobie uroiła, że nam nie wolno. Japończycy utknęli w systemie gospodarki agrarnej produkującej konie, drewniane zbroje, odrobinę cyny i żelazo z rudy tak lichej, że w Europie nikt by tego nawet nie ruszył z depozytu.

Piętrowa dygresja o żelazie.

Koniec piętrowej dygresji o żelazie.

Alimentacja w autarkii, w przypadku etatyzmu, oznacza zadekretowanie władzy feudałów w postaci urzędów zwierzchnych przyznanych im (faktycznie dziedzicznie, choć formalnie za zasługi, jak wcześniej) nad źródłami tej alimentacji (wsie, miasteczka), gdzie do tej pory (państwo otwarte) realną władzę nad przepływem dóbr sprawowali kupcy (wybierani konkurencyjnie w grze – kto umrze najbogatszy).

Widać na pierwszy rzut oka, że wyklucza to konkurencję i dość szybko zaczęliby rządzić ludzie nieefektywnie sprawujący tę zwierzchność. Rozwiązaniem takiej sytuacji byłoby stosowanie przemocy przez sprytniejszych, w celu przejęcia władzy faktycznej i być może formalnej (tak to działało, gdy formował się Siogunat – wystarczyło robić tak dalej, tylko że władzę skoncentrowano w jednym ręku, a bijatyki między podwładnymi, zaburzające alimentację nie były w interesie tegoż zwierzchnika – szefa junty wojskowej).

Skoro nie były, to trzeba było to jakoś regulować. Etatyzm ma tę właściwość, że wprowadza konkurencję zastępczą, urzędową, zrytualizowaną. My znamy ją pod pozorem konkursów do służby cywilnej, konkursów na stanowiska, ale jakoś sędziami zostają dzieci sędziów. I oni mieli takie konkursy, intrygi i walki o stanowiska w “szkołach fechtunku”, po których zostawało się urzędnikami “wojska”, które nie wojowało. Malowana armia, którą zastał tam komandor Perry w 1853 roku, nie była zdolna stawić jakiegokolwiek oporu nie z powodu różnicy technicznej (bo Zulusi przecież stawiali się zapchlonym Brytolom), a z powodu całkowicie błędnego doboru kadr – to byli urzędnicy poprzebierani w zbroje. Coś takiego jak obecnie w Polsce.

Metoda formalnego doboru kadr z iluzją konkurencji została opisana przez towarzysza Kosseckiego – warto się zapoznać jak wygląda “nauka” oparta o “autorytety” wynikłe z tytułów, jakie sobie towarzystwo wzajemnej adoracji przyznaje.

Tymi metodami, przy użyciu zbiorowej przemocy wewnętrznie, z przyczyn geograficznych przy braku stresorów zewnętrznych, sytuacja w górzystej Japonii ewoluowała w kierunku wstrzymania rozwoju technicznego (w XIX wieku używano tam żaren, jakie w Europie zarzucono w XII wieku – czyli bardzo niewydajnych; upadku górnictwa; upadku metalurgii). Co za tym idzie – rosnąca kasta pasożytów (o czym rycerze pisali sami w pamiętnikach, że nigdy nie czynili nic pożytecznego, są pasożytami zbędnymi społeczności, w której sprawują zbędne urzędy) nie miała zdolności rozszerzenia bazy zasobów, co w rezultacie czyniło stosowanie represji fiskalnej, nieefektywnej ekonomicznie.

Nieefektywność ekonomiczna aparatu fiskalnego objawia się w tym, że słabo skomunikowane górskie z początku wioski, a później całe obszary dolin, faktycznie wykluczyły się z obowiązków fiskalnych wobec siogunatu, nie płacąc podatków i zbrojnie stawiając skuteczny opór aparatowi przemocy.

Ze względu na rosnącą liczbę bezpańskich rycerzy coraz tańszy był najemnik, aż do absurdu, kiedy chłopi w XIX wieku utrzymywali własne armie do obrony przed państwem, płacąc żywnością, którą potrafili wyprodukować w nadmiarze.

Aparat fiskalny miał wtedy dość nowatorskie pomysły, takie jak VAT. Dla przykładu – za to, że kura znosi jajka, chłop musiał płacić urzędową kwotę od każdego jajka w kruszcu (gospodarka czynszowa). Z czego powstał słynny wtedy żarcik, że kury srają srebrem.

Oczywiście działały dalej kluczowe rody, tworząc mafie polityczne i przepychając się o wpływ na realną politykę. Oczywiście – byli ludzie, co chcieli to zmienić, a przynajmniej dorwać się do koryta. Powstawała niezliczona liczba gangów politycznych a mordowanie przedstawicieli rządu było na porządku dziennym, zamachy odbywały się z pewną regularnością w tych samych miejscach. W kraju ludzie zajmowali się hazardem i pijaństwem, wprowadzono coraz więcej regulacji dotyczących zmiany miejsca pobytu, aż do pogrodzenia rogatkami kwadratów ulic w miastach. Państwo gniło w straszliwej degeneracji. W pamiętnikach wspominana jest koncepcja, wedle której chłopi i rzemieślnicy nabierali zdolności obalenia kasty rządzącej i jej likwidacji. Nie było wtedy nazwy jeszcze dla tej koncepcji, ale w Europie wiemy, że takie wydarzenie nazywane jest rewolucją.

Istniał przemyt idei i towarów ze świata – był on wąski i jednokierunkowy, a ze względu na różnice w zdolności gospodarczej Japończycy nie mieli zdolności zakupu czegokolwiek za swoją ofertę. Oczywiście wiedzieli, że istnieją pistolety, działa, że powstają okręty na szkieletach z żelaza. To nie była sytuacja, w której odcięto ich całkowicie od informacji. Te nowinki nawet pojawiały się w pojedynczych egzemplarzach. Istniało do tego wydzielone miejsce dla Holendrów i Chińczyków w Nagasaki.

Na świecie wiedza o sytuacji politycznej Japonii była, przynajmniej dla rządzących, oczywista. Rządzili tam gangsterzy (junta wojskowa) i słabli, a nie chcieli podzielić się tortem. Do krainy, na poziomie technicznym cofniętym do XII wieku, wpłynęły parowe fregaty uzbrojone w działa z podajnikami amunicji, zdolne zrównać z ziemią miasto w kilka godzin bez poniesienia strat.

Japończycy nawet oprzytomnieli – wydali sami sobie zgodę na budowę okrętów. Tylko że nie mieli skąd kupić silników parowych, a sami nie umieli ich zrobić.

!!! Więc jak jakiś kretyn twierdzi, że w Polsce nie ma po co produkować silników do czołgów i okrętów, bo kupimy sobie takie, jak będzie potrzeba, u obcych, to go utopcie w szklance wody, zanim ten kretyn nas pozabija bezbronnością. Dzisiaj absolutnie koniecznym atrybutem państwa jest dysponowanie bronią jądrową i środkami przenoszenia – takie mamy czasy.

Mamy wielu takich kretynów, czy starczy szklanek? Bo przykład Japonii pokazuje, że im misek nie starczyło, żeby małpią bandę potopić, zanim doszło do nieszczęścia.

Rzeczywistość trzeba było uznać 31 marca 1854 roku. Pod grożbą zastosowania stresora, Japonia otworzyła dla USA dwa porty oraz zakrajowość i konsula dla obywateli USA, w tym obowiązek ratowania rozbitków. Traktat ten w skrócie oznaczał, że Japończycy są słabi i będą robić laskę za darmo. Cztery lata później Harris wymusił podpisanie umowy o handlu i przyjaźni, co zrujnowało Japończyków, wysysając z rynku, pod przemocą panów feudalnych, wszelkie zasoby kruszcu z kraju.

Potrzebne były produkty przemysłowe. I tak złotą monetę wymieniano na cztery gwoździe. Oto sukces etatyzmu – całkowite upodlenie wszystkich mieszkańców kraju, aż po samego szefa junty, którego obalono.

Dlatego trzeba zwalczać etatyzm u nas i promować go u obcych – z etatyzmu same zgryzoty są po krótkim czasie, a nieszczęścia po dłuższym. Ludziom trzeba dać spokój i nie gnębić ich urzędami, żeby im się chciało wymyślać lepsze żarna, a nie przez siedem wieków używać takich, jakie są, bez modernizacji.

Wszystko, czym karmimy biurwę i w rezultacie nie wytwarzamy produktów, jakich nam trzeba, prowadzi do sytuacji, w jakiej znaleźli się Japończycy. Musieli to wszystko kupić. Do dziś się nie pozbierali i mają obce bazy wojskowe u siebie oraz są wplątani w niekorzystne sojusze. Raz udało im się na chwilę zerwać z łańcucha – na krótko, bo dostali dwa niuki – ZNOWU byli o krok w tyle za obowiązującymi środkami technicznymi do niesienia przemocy.

Dlatego wszystko trzeba zbudować samemu.

Te umowy handlowe, do jakich zmuszono Japończyków, to było takie ówczesne TTIP. Czyli handel pod kontrolą junty, z właściwymi wziątkami dla należymisiów. Gdyby ustrój sobie zgnił w spokoju i w trakcie rozpadu państwa władzę znowu przejmowaliby kupcy (co już w południowych, górskich prowincjach miało miejsce i tam były maszyny parowe, nowoczesne żarna i ludzie ciekawi świata, bronieni górami od rządu) i rzemieślnicy, co spowodowałoby import technologii, aby ją skopiować i zrobić sobie takie same przedmioty, ale własne.

Właśnie dlatego fregaty US Navy wpłynęły, kiedy wpłynęły, ponieważ dłużej czekać już się nie dało – doszłoby do rozpadu aparatu represji, a jego substytuowanie przez zewnętrznego opresora jest niezwykle kosztowne – niech indianie w rezerwacie pilnują się sami, tym zajmowały się judenraty w gettach. Tym zajmuje się dzisiaj rząd warszawski okupujący Polaków.

Ten niezwykły impuls zewnętrzny, jakim jest stworzenie z obalanej junty wojskowej (rządów spod namiotu – siogunatu) aparatu kompradorskiego ucisku pod formalnym zwierzchnictwem restaurowanego cesarza, pozwolił kompradorskim elitom Japonii na zbudowanie fortun swoich Kulczyków i tak. To właśnie między innymi wspomniana Takeda. Jest to przykład transformacji oligarchii kompradorskiej w korporację. Mitsubishi też znacie – założono je właśnie w trakcie meiji, bo tak zdecydowała władza – że potrzebny jest koncern przemysłowy i już.

Później Japończykom się ten neokolonializm nie spodobał, trochę się zbiesili na nowych panów i trzeba ich było uspokoić dwoma niukami. Nijak inaczej do nich nie docierało, że są podbici.

Jeśli zazdrościcie Japończykom ich dobrobytu, to ich odwiedźcie, zobaczcie jak mieszkają, ile mają miejsca (kraj wielkości Polski, ludzi trzy razy więcej, ale kraj pusty) w domu, jakie mają samochody, jakie mogą realizować hobby, czy da się tam pójść do lasu. Już pominę kwestię jak poukładane mają w głowach ci biedni ludzie, kiedy przyjeżdżają na wymianę do pracy. Chcą pytać przełożonego czy im wolno wyjść na lunch poza firmę oraz jak spędzać czas wolny.

Zaznaczam, że osoba, która jest Waszym “przyjacielem”, kiedy traficie tam na wymianę, to ma płacone za tę przyjacielskość normalne stawki godzinowe. U nas nikomu takie coś do głowy nie przyszło – pomagamy człowiekowi z chrześcijańskiego miłosierdzia, bo to widać dziki lud przyjechał – oprowadzić trzeba. Nikt swego czasu na wsparcie obcemu nie szczędzi. Dla nich to nienormalne. Nie wierzą, że nie dostajemy za to kasy.

Proponuję toast i za tego niechrzczonego Takedę. Wszak coś zbudował – wyszło mu.


Zwróciliście zapewne uwagę na wspominkę o neokolonializmie i elicie kompradorskiej, a piszę wszak o połowie XIX wieku. Stałe elementy gry w umowy handlowe. Właśnie dlatego nie wolno wytwarzać elit etatystycznych – zajmą całą przestrzeń gospodarczą, a później ją zamrożą regulacjami. Wstrzymają rozwój, ale będą mieli rosnące potrzeby i stoczą kraj do niewolnictwa, upodlą wszystko, czego się dotkną.

Bogactwo krain budują warchoły, ludzie z pomysłami, ludzie gotowi zaryzykować. Dlatego piszę o Naszych Dzielnych Rycerzach, będącymi rycerzami przedsiębiorczości. Dlatego pozytywnie o Stadnickim – bo coś zbudował.

Temat Gorin-no Sho został poruszony na IT21 w kontekście strategii inwestycyjnych, sposobów myślenia. Książeczka sama z siebie jest grafomańskim tekstem – proza w Japonii w tych czasach była pod psem, za to poezja była na poziomie. Konwergentnie – przeczytajcie jakiekolwiek teksty polskie z epoki – jest tylko poezja. Prozę udają dłuższe teksty konstruowane różnymi poetyckimi metodami, ale strukturalnie prozą nie są.

Książeczka ta opowiada o przygodach trzynastolatka (z początku), który morduje ludzi. Urósł duży, silny jak Skrzetuski i tym samym się wsławił – mordował kogo popadnie, bez opamiętania – na rozkaz, bez rozkazu, wedle upodobania. Jeden i drugi byli furiatami skupionymi na operowaniu szablą, choć przewaga fizyczna nad współplemieńcami, jaką dysponował Musashi Miyamoto, pozwalała mu mordować ludzi palcatem (bokenem – szablą treningową z drewna).

Jak wspomniany Pan Stadnicki czy Pan Jacek nad Jackami, tak i Musashi sprzedawał szablę ku wojennej potrzebie, czy zwykłemu morderstwu komu popadnie. Jego historia jest bardzo podobna jak Skrzetuskiego herbu Jastrzębiec – lista kondemnat wydanych w miejscach, w których kogoś bez dania racji poszczerbił, była imponująca, ale zawsze był pod prawem jakiegoś hetmana, albo chociaż watażki i sądy mogły mu wysłać woźnego, żeby zeżarł pozew. Bo te historie są identyczne – tacy zbóje budują chwałę oręża. Nawet żyli w pokrywających się w znacznej mierze czasach. Służyli na wszystkich frontach, jakie akurat były. Kradli, palili i rabowali. Skrzetuski też miał na sobie liczne kondemnaty – odsyłam do literatury. Obaj skończyli w klasztorach – prochy Skrzetuskiego do dziś są w Poznaniu. Oto Rycerze – taki prowadzili biznes. Nie zostaje się szefem chorągwi pancernej, jak się na tę masę wojska nie ma pieniędzy.

Historie ludzi z tych samych czasów, od najazdu Mongołów aż po wojny wewnętrzne przy krystalizacji magnaterii, są identyczne. Identyczne jest uzbrojenie, charakter bohaterów, identyczne stosunki społeczne, a całkowicie różne kultury i otoczenie geopolityczne. Co więc takiego się stało, że na chwilę rozbiegły się te historie krain graniczących z ZSRR?

Holendrzy się stali – ocean pozwolił Japończykom skisnąć we własnym sosie. Krystalizacja systemu powiatowego miała taki sam rezultat jak w Polsce – doprowadziła do sposobu myślenia, w którym wynik gospodarczy jest rezultatem zajętej przestrzeni lądu, a nie przestrzeni gospodarczej.

Oba kraje miały ten sam problem – ktoś wymyślił korporacje – zajmowanie przestrzeni handlowej na wyłączność. Do Japonii trafili wtedy kupcy portugalscy, holenderscy, nawet brytyjscy. Wyłączność na handel w Nagasace zdobyli Holendrzy. I utrzymali to dwieście lat.

“A kto dziś pamięta Arenda Dickmanna?
To polski admirał, co z Szwedem się bił.”

Prochy leżą przecznicę od Dworu Artusa. Warto zajrzeć – potężna świątynia.

Dziwnie tak się jakoś nazywa? Nie po polsku?

No właśnie – też Holender. W Polsce, dzięki inicjatywie króla i lobbystów (tego króla, co go nasz Stadnicki nie lubił, bo mu się urzędactwo międzynarodowe w handel chciało mieszać i faworyzowało biurwę – kupca bławatnego – oponenta jego niegodnego wspomnienia), całość handlu międzynarodowego morskiego wzięli Holendrzy.

Ponieważ Holendrzy z braku lądu we własnym kraju wymyślili koncepcję zajmowania przestrzeni gospodarczych oderwanych od ziemstwa. Ani Japończycy, ani Koroniarze na to nie wpadli, żeby przeprowadzić konsolidację gałęzi gospodarki, zamiast scalać je obszarowo w folwarki. Folwarki też prowadziły do gospodarki czynszowej ale bez koncentracji kapitału wystarczającego na flotę. Kapitału było dużo, ale był rozproszony. Zaleta taka, że nie da się w takim ustroju nałożyć podatków, wada taka, że nie da się zgromadzić środków na budowę wahadłowca.

Ustrój gospodarczy Rzeczypospolitej sprawdza się wyłącznie w Heartlandzie i staje dęba przy styku z morzem. Ustrój Japonii był identyczny, a że otaczało ich morze, to z braku ekspansji lądowej ustrój stanął dęba od razu.

Tyle że nas wyprostowali sąsiedzi i już w XVIII wieku Polacy coś tam wiedzieli o spółdzielniach kredytowych, o przemyśle, o bankowości i koncentrowaniu kapitału, a w XIX wieku zbudowali jakiś tam przemysł i nawet odnieśli sukces na miarę narodu bez państwa. To bardzo dobrze mieć sąsiadów co stale przypominają, że należy myśleć albo się dostanie łańcuch na szyję i pójdzie po rampie do gazu albo w krainy śniegu. Dzięki temu jesteśmy w miarę przytomni, o ile sąsiedzi nas regularnie zaczepiają. Ostatnio nie zaczepiają i ZNOWU nam odbiło. Znowu robimy to, co próbował zrobić dwór królewski za Pana Stadnickiego – znowu etatyzm, znowu regulacje, znowu kontrole i przyznawanie koncesji z łaski panującego tego czy owego. Zamiast free for all.

I mnie – Sarmacie się to nie podoba i Pan Stadnicki mi za przykład jak z tym państwem sobie radzić. Bo pal sześć, że ustrój etatystyczny polega na tytulaturze i lizaniu d tym, co rozdają tytuły, a niech sobie taki będzie. Problem jest w tym, że kończy się podpisaniem traktatu o robieniu laski za darmo.

Teraz zamiast niemieckiego Tuska kompradorczyka mamy amerykańskiego Macierewicza i ekipę ze szkółki niedzielnej departamentu stanu. Co nijak nie zmienia faktu, że indukują oni etatyzm i już nawet wiedzą komu rozdadzą stanowiska – najpewniej nie ma nas na listach przyszłych szefów polskich koncernów jakie będą przy tym budowane. A skończy się to w strasznych długach i konieczności oddania tych koncernów, jakie urosną, za długi.

O szczegółach, jakie to bajki nam wciska bratni naród amerykański, opowiada Profesor Chodakiewicz (amerykański agent wpływu). To w Polsce – na południe od Smoleńska (nie, nie na zachód, na południe od Smoleńska jest już Polska). Załączam mapkę, jakbyście nie kojarzyli z jakiego Państwa pochodzicie. Jak ma się dobrą mapę, to serce rośnie proporcjonalnie do wielkości krainy.

Smoleńsk był w województwie smoleńskiem, tak jak Ryga w wendeńskim – takie polskie miasto blisko granicy ze szwedzką Finlandią. Powierzchnia państwa jest ściśle związana z liczbą zbrojnych gotowych podtrzymać powierzchnię nieba nad daną krainą.

Ale bajki też wciskano Japończykom w latach siedemdziesiątych XX wieku. Lobbyści wmawiali im wtedy, że przemysł ciężki przyszłością, a na nowatorów próbujących produkować elektronikę należy nakładać karne podatki, aby zaprzestali swojej bezcelowej aktywności.

Znacie jakąś japońską elektronikę? I dobra wyszła? Bo te lobbowane domiary podatkowe nie przeszły. A nie przeszły, ponieważ MiSie, które się tym zajmowały, były w rękach ostoi wolności – szlachcie stłamszonej w trakcie meiji, ktorym kazano ściąć włosy i wstąpić do armii (pruskiego wzoru) jako oficerom lub oddać szable.

Nie wstąpili do wojska, nie oddali szabli – zajęli się biznesem. I od razu poszło na k mać z państwem, tak jak i w Polsce my od czasu do czasu musimy podpalić dom pani naczelnik urzędu skarbowego w Łodzi, bo po ludzku nie dociera. Tylko że tam ta szlachta nie była jeszcze rozbita – dopiero zabrano im majątki ziemskie, ale nie wymordowano ich w ubeckich katowniach. I z tej średniej szlachty i gołoty są właśnie wytatuowani panowie. To oni trudnią się tam normalną produkcją, handlem i usługami – tylko z pominięciem danin na rzecz państwa. To że są to wyłącznie gangsterzy – między bajki włóżcie, to taka sama samopomoc lokalna jak La Cosa Nostra (Nasza Sprawa) – typowe państwo podziemne, a nie żadna mafia.

Tylko nasze państwo podziemne skończyło w katowniach, zamęczone przez żydowskich oprawców z ZSRR, a inni mieli więcej szczęścia.

Z trudem odbudowujemy dzisiaj szarą strefę i sukces – obejmuje ona już ponad połowę obrotu gospodarczego. Nie damy się – weźmiemy wszystko.

A to, że państwo podziemne musi wytworzyć jakieś resorty siłowe, to rzecz normalna, państwo jest wszak monopolem na przemoc. Wytatuowani panowie w Japonii mają – my też będziemy mieli.

Szlachta to MiSie. Czy to zaciężni pancerni, czy produkcja noży kuchennych – to organizowanie słabszym od siebie życia, pracy, kultury. A szlachta podatków nie płaci i płacić nie będzie. Bo to sól tej ziemi i bez takich ludzi czeka nas dalszy poziom dzietności identyczny z obecnym. I tylko czekać sąsiadów jak im się przypomni – obudziła się już wiedźma Rassija.


Wracając do naszych konwergentnych gangsterów politycznych, obalających z regularnością kalendarza kolejne chwiejne rządy w czasach, gdy grasował komandor Perry.

U nich tradycja zadziornego republikanina wojennego przetrwała u tatuowanych panów ucinających sobie palce, w młodzieży jeżdżącej motorami z szablami u boku. Taki ich renesans własnego ciemnogrodu.

Nasza przetrwała w swawoli i warcholstwie dybiących na eksploity podatkowe, mataczących w dokumentacji i sprawozdawczości. W niezatrzymywaniu się do kontroli, w “urzędników nie obsługujemy”.

Mnie tak zwane “prawo” komuszków nie dotyczy, bo nie głosował za tym Mądrostki, Lis, Habdanki, Sulima i Korab. “To oni tu wstępują w szranki z dziedzictwem Prawa.” Prawa, wg którego Skrzetuski robił co robił, i mimo wyroków mógł czynić dla swojego państwa co czynił. Wielki obszar zajmowało to państwo, wielka była tam wolność i ogromna w niej potęga. Z tego Prawa wynikała siła, dlatego to prawo jest godne, a to dzisiejsze g mające pół miliona aktów bezprawnych można najwyżej w ciasnym kiblu powiesić, ciasnym jak obszar tego tfu państwa, gdzie ta jurysdykcja niby obowiązuje.

W poważaniu mam, co tam się państwitom roi w głowach, że jak niby wszyscy będziemy się kłaniać w pas komunistom, co podnieśli nogę i wcisnęli przycisk, to dobrze będzie. Nie będzie – jak podałem na przykładzie – etatyzm kończy się w huku obcych dział. A my już całkiem rozbrojeni.

Bądź porządnym Polakiem – nie płać podatków, spluwaj na poprzebieranych w togi bizantyńczyków, lżyj tych, co wspierają państwo Bieruta, do urzędactwa zwracaj się per złodzieju. Spuść psa, jak przychodzi kontrola. Jak się nie krępujesz i masz w firmie schody – skopuj urzędasów ze schodów – kontrole można prowadzić do zamkniętych drzwi, spod schodów, w deszczu systemu ppoż – to też teren firmy i dobre warunki – takie jak na dyskusjach z władzą. A pałą jeszcze można dostać. Nie ma potrzeby, aby szanować etatystów na etatach – to oni sprowadzają na nas biedę, która skończy się w huku dział, gdy będą nam narzucane nowe warunki niewoli.

To jest właśnie patriotyzm – wierność prawu Ojczyzny. Moją ojczyzną jest Rzeczpospolita – jedyna jaka była i która nigdy się nie odrodziła. Tam płaszcz mógłbym nosić podbity kondemnatami, jak Jacek nad Jackami Dydyński. Jako Polak z tej właśnie Polski biorę wety na każdym obcym państwie, nawet jak udaje polskie.

Wznosząc ostatni toast, mierząc do portretu podrowionego antenata proponuję z godnością stoczyć się pod stół. Tam nasze dzisiejsze miejsce – między psami; się rano obudzicie, w ciasnej budzie, dla żartu nazywanej państwem – resztkami dawnego terytorium, gdzie Mścisławskie jest za granicą; pod knutem, interpretacją i pałami, bez broni u boku.

Napoleon: “Prawo? Szabla jest prawem!”

Macie szable?

 

Żródło: http://zarobmy.se/wpis/dla-rycerzy-o-rycerzach/

Dodaj komentarz